|
środa, 18 stycznia 2012
28 dni później
No proszę, jak ten czas leci. Tyle czasu już mieszkamy w trójkę! Jest nam niemal sielankowo. Może dobrze nam się trafiło na genowej loterii. Maleństwo jest zdrowe, pozytywnie nastawione do życia i przez większość czasu jednak nie płacze. Odpowiednie lektury (Pompa nr 6, Nakręcana Dziewczyna) również pozwalają docenić cywylizacyjne zdobycze, które (jak narazie) pozostają do naszej dyspozycji. W robocie też jakby lepiej, choć jakby więcej odpowiedzialności na mnie spoczywa. Jednocześnię czuję, że jestem sobie w stanie z tym wszystkim poradzić. Jakoś tak optymistycznie patrzę w przyszłość. Tymczasem idę poczytać, póki nie jestem w plecy z moim planem 52 książek :)
niedziela, 01 stycznia 2012
czas ekspansji
Pożegnałem rok 2011, rok małych porażek i wielkich sukcesów. Powitaliśmy rok 2012, tym razem już w trójkę. To był dobry początek. Dobrze było kilkanaście dni temu w szpitalu (och, zobaczyć moją drogą żonę po raz pierwszy trzymającą dziecko w ramionach). Dobrze było dzisiaj, o północy, kiedy mogłem objąć obie moje ukochane kobiety i powiedzieć - to będzie dobry rok. Ciekawe, czy w nowym roku można wszystko zrobić lepiej. Chciałbym dokonać ekspansji na płaszczyznach duchowych, fizycznych, kulturalnych, społecznych i zawodowych. Sprawdzimy... w końcu, chyba nareszcie nic już nam nie brakuje. Tylko od czego by tu zacząć? Może 52 książki... jest to pewna myśl. Szczęśliwego Nowego Roku drogi zbłąkany czytelniku.
piątek, 04 listopada 2011
wind of change
W moim życiu nastąpią wkrótce poważne zmiany. Wiem to od kilku miesięcy. Taka świadomość może popchnąć człowieka naprzód. Starałem się nie opierać. Pracowałem ciężej, niż kiedykolwiek i zostałem niedoceniony bardziej niż kiedykolwiek. Może oświecenie przyszło jednak o moment zbyt późno. Nie wiem, czy ma to teraz jakieś znaczenie. The damage has been done. Łapię się na myśleniu o tym, jakby to było rzucić to wszystko w cholerę. Wyobrażam się jak przechodzę się po piętrze i mówię "cześć" po raz ostatni... i że paru osobom mógłbym powiedzieć coś więcej. To była przyjemność. Wiele się od ciebie nauczyłem. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli razem pracować. Nie możemy się stracić z oczu. Takie tam rzeczy. A może te 3.5 roku po prostu wystarczy... W międzyczasie inne marzenia umierają i odradzają się niczym feniks z popiołów. Fałszywy przyjaciel bawi się mentalną brzytwą i próbuje swoich sił. Chlast, chlast... nabieram się. Chlast, chlast... i jeszcze raz. A potem przebudzenie - i teraz już wiem. Jeśli przychodzisz do kogoś w zawodowej sprawie, a on on drzwi zaczyna nazywać cię przyjacielem - uciekaj. Jeśli mówi, że oferta jest ważna tylko teraz zaraz i natychmiast musisz się zdecydować - uciekaj. Jeśli nie chcesz pogrzebać swoich marzeń - uciekaj. Dla mnie było za późno. Ale być może udało mi się uratować nieco cudzych marzeń. Ech, być tanim mesjaszem... Boli mnie trochę życie ostatnio. Może za dużo od niego wymagam. Może to tylko problemy pierwszego świata albo jesienna depresja. Może już wkrótce to wszystko minie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zobaczymy.
poniedziałek, 02 maja 2011
I don't feel different...
tak mi powiedział mój kolega, gdy spytałem jak to jest. Cóż, witamy po drugiej stronie, gdzie człowiek może nacieszyć się z cyferki 3 na początku... po raz drugi.
Faktycznie (a może niestety) - niewiele się zmieniło. W zasadzie nic. Cele i problemy pozostają wciąż te same. Nadać sobie odpowiednią formę fizyczną mimo rozpadającego się kręgosłupa - hmm... to może nie być takie proste. Ale co tam, zrobiłem dzisiaj 20-minutowy program na break 10. Ach, mały kroczek w dobrym kierunku. Potem wypadałoby ożywić umysł, przytępiony codziennym, niewymagającym rytmem. Umysł, który popycha doczepione do niego ciało na zardzewiałe kolce fizycznego dyskomfortu - za każdym razem, kiedy chcę zmusić go do lepszej / bardziej intesywnej pracy. Może tu leży największy problem? Recepta... pieśń analogowego poranka. Chodzące po głowie mantry. Be-the-man-you-want-to-be. Hardest-things-first. Niewiele z tego wszystkiego wynika. Hej, ale jutro też jest dzień. Raz jeszcze będzie można stanąć do walki z demonem, który zamieszkał kiedyś w mojej głowie. Nowy tydzień, nowy początek, te same schody... może czas zacząć chodzić po ścianach?
niedziela, 17 kwietnia 2011
zbliża się dzień...
w którym na moim liczniku pojawi się z przodu cyfra trzy. Zgroza! No dobrze, mój drogi kolega przeszedł przez ten etap i powiedział mi, że nie czuje się inaczej. Ha, więc można i tak? Ja natomiast czuje się dobrze. Może to kwestia podejścia, którego staram się nauczyć od mojej żony. Ona twierdzi, że wbrew powszechnym teoriom - szczęście wcale nie musi być następstwem spektakularnych zmian czy przełamanych barier. Może ono być zupełnie naturalnym stanem człowieka, ot - wystarczy wygodny fotel, książka i herbata. Ostatnio jednak trzeba czasem z tego fotela czasem zejść, by moja droga małżonka mogła dorobić się dwóch literek przed nazwiskiem. Pomagam jej jak mogę, zawiozłem ją nawet nad morze, nad którym udało nam się spędzić całe 15 minut. Ale to było nasze 15 mminut, ha! Wczoraj natomiast udało nam się wyszarpać dwie godziny na solidny spacer po podmiejskich puszczach. Sielanka, po prostu sielanka. Z drugiej strony nadal czuję się nieco zabłąkany. Codzień budzę się mrucząc mantrę be-the-man-you-want-to-be, codzień zasypiam w nadzei, że jutro będzie lepiej. I - choć może nie mam jeszcze stuprocentowej satysfakcji - muszę stwierdzić, że nie jest źle.
poniedziałek, 28 lutego 2011
play it again, Sam
zaczynamy raz jeszcze. Na jednym ze śledzonych przeze mnie internetowych kanałów przed kamerą siedzi wesoły facet i wita widzów słowami: "this is the show where we learn how to be a better gamer". To całkiem nieźle, ale ja potrzebuję czegoś więcej. OK - zatem... "this is the show where we learn how to be a better man". Skomplikowane? Tak, rzeknę. Jak bowiem nadać swojej egzystencji porządany kształt? Odpowiedzią jest - obróbka skrawaniem. Oto pod nóż musi pójść to, co dzieli nas samych i nasze marzenia o sobie. Hahahaha, jestem gdzieś w połowie drogi. Wióry lecą, pojawiają się pierwsze ubytki w czasoprzestrzeni. Nowe fragmenty dnia, których jakby wcześniej nie było. Wypalone oczyszczającym ogniem czwartowymiarowe dziury. Jesteś w stanie to zobaczyć? Swoje istnienie nie jako biologiczne tu i teraz, mgnienie oka, skurcze mięśni, palce stukające w klawiaturę... spojrzeć dalej, w czwarty wymiar, przebić się osią czasu, pociągnąć funkcją wartości. Tak mogę spojrzeć, oto czterowymiarowy ja. Oto na moim czterowymiarowym ciele, ropiejące rany dni i godzin bezwartościowych, bezwolnych, przeżytych samą siłą inercji. Może już wystarczy. Wykrawam więc sporą część mojego dnia. Moje czterowymiarowe ciało oddycha nieco swobodniej. Ja sam idę lekkim krokiem po zaśnieżonej Cytadeli, zastanawiając się jak dawno mnie tutaj nie było. Tak do końca nie wiem co zrobić z czasem odzyskanym. Odnajduje się. Improwizuję. Zaczynam marzyć o lepszym jutrze. Samo cięcie nie było aż tak bolsene. Cóż, niszczenie zawsze przychodzi łatwiej niż tworzenie. Tydzień zniszczenia możemy uznać za umiarkowany sukces. Teraz czeka nas nowe wyzwania.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
ban
A niech to... raz jeszcze uległem mojej gitarowej słabości i wymieniłem mojego drogiego rzeźnickiego superstrata z dwoma pickupami SD na absolutnie klasycznego straciaka z 3xtexas special na pokładzie. Dodatkowe koszty trzeba było ponieść no i są straszne konsekwencje... ban na nowe gitary na cały rok 2011! Tymczasem po dokonaniu inwentaryzcji doszedłem do wniosku, iż w zasadzie mam podobny zestaw gitar jak rok temu. Ot, dwie z nich metamorfowały w wyższe modele a jedna została potężnie ulepszona. Do tego jeszcze jedna "się robi", ciekawe tylko do jakich rozmiarów urośnie obsuwa. Tymczasem dzisiajsza próba przebiegła nad wyraz dobrze. Po kolejnej zjebce zastosowałem się do wymagań najlepiej słyszącego uczestnika imprezy i - wow - po raz pierwszy usłyszałem od niego, że zagrałem bluesa. A nie rąbanine, jak zwykle. Cooooool! W robocie jakos tak dziwnie, bo niby jest full roboty ale akurat mój front jest jakby najspokojniejszy. Mam nadzieję, że uda mi się wysępić ze dwa dni urlopu... do tego firmowa wigilia, było całkiem fajnie, wróciłem nieco trafiony. Na szczęście pakiet antykacowy z dwóch mandarynek i pomidora dał radę, przynajmniej łeb mnie nie bolał przez całą sobotę. Ćwiczenia niestety muszę na jakiś czas zawiesić, chyba dałem sobie zbyt mocno w kość. Wrócę do nich po świętach, jak trochę dojdę do siebie. Ale i tak jest nieźle :)
poniedziałek, 13 grudnia 2010
co by tu...
Ech, kolejny tydzień minął. W moim tajemniczym notatniku brakuje paru zachęcających symboli. Ale kilka też jest. Mówią mi one np. że przestawiłem ergometr wioślarski na program 30 minut. Oraz, że wczoraj odbyłem najbardziej wyczerpujący trening od miesiąca - jeśli nie najbardziej wyczerpujący w historii. Cool stuff. Jasnym punktem świeci również moje drugie wiosełko - to do grania. Chyba grając razem z bandem odżywam nieco. Poza tym w końcu to jacyś nowi ludzie i nowe dźwięki. Jest fajnie :) Uderza brak koncentracji w robocie. Denerwują mnie ludzie, zbyt wielu ich się tam pląta. W piątek mogłem sobie posiedziałem sobie tak to 9 p.m. - w końcu udało mi się conieco ruszyć, jak już wszyscy sobie w cholerę poszli... Moja droga żona nadal grinduje swój doktorat, przy czym jest już gdzieś za stroną 200... fajnie, jej praca będzie zawierała więcej treści niż prace wszystkich moich obronionych kumpli razem wziętych. Za to stypendium się kończy wraz z grudniem, tak więc w najbliższym czasie będziemy biedni. Ta irytująca wizja skłania mnie nieco do poprawienia mojego własnego zawodowego skilla. Generalnie czuję się dość zdołowany pod tym względem, w robocie nie bardzo mam się od kogo uczyć. No ale co zrobić. Nie zostawię przecież tych sierotek samych. Innego rodzaju skill tymczasem mogę podziwiać w walkach. Ostatnia gala, uefce była całkiem zabawna - i nawet moja droga małżonka nieco polubiła te mordobicia. No cóż, plan na przysżły tydzień zakłada analogowe poranki i dużo magicznych znaków w tajemniczym notatniku. Zobaczymy jak pójdzie tym razem :)
poniedziałek, 06 grudnia 2010
playtime
Ha! Mam nową zabawkę. Obłędnie drogą jak na moje kanapowe granie no ale co tam. Od tego tygodnia dysponuje w pełni profesjonalną gitarą. Żeby było lepiej udało mi się nawet dzisiaj zejść z kanapy i pograć nieco z prawdziwymi, żywymi ludźmi. Umówiliśmy się też na za-tydzień, być może ciąg dalszy nastąpi. Oby :) Tymczasem z moich tajemniczych notatek wynika, że całkiem nieźle idzie mi powrót do fizycznej formy. Od momentu, gdy zacząłem je robić minęły już trzy tygodnie, czyli regularnie pewnie ćwiczę z miesiąc. A dzisiaj wpadłem na pomysł, żeby w tym samym miejscu zaznaczać sobie czy robie również postępy na płaszczyźnie, ekhm, intelektualnej. Albo czy robię cokolwiek, co by mnie nieco rozwinęło :) W robocie natomiast młynek, często zostaje dłużej. Nie dlatego, że ktoś mi każe - z jednej strony mnie wciąga, z drugiej strony - nie lubię jak mi cos nie działa. Właśnie, apropo działąnia - zmieniłem opony na zimowe. Jest masakryczna różnica w prowadzeniu się samochodu :) Tymczasem droga Żmijka nadal klepie swoją mega-pracę. Jeszcze z tydzień i będzie gotowa pierwsza wersja. Bardzo intensywny był ten tydzień towarzysko - knajpa, kino, kolacja u teściowej, wspólne granie i porównywanie mniej i bardziej wypasionych stratów. Ciekawe czy teraz czeka mnie regres i znów się zbunkruje w czterech ścianach :) Cóż, ostatecznie moje wrażenie jest takie: jest fajnie.
niedziela, 28 listopada 2010
bloga cisza
moje blogowe RSSy milczą, wygląda na to, że zdecydowana większość mniej lub bardziej wirtualnych znajomych zawiesiła swoją działalność publicystyczną. Szkoda, ale co zrobić. Dla mnie to był całkiem udany tydzień. W pracy nadal wysoka forma, poświęciłem też nieco ekstra czasu na dalszy rozwój swoich umiejętności. Udałem się na piwo posłuchać nieco grania na żywo, zostawiając żonę w domu z doktoratem. Spotkałem ze znajomymi z pracy o niecodziennej godzinie w jednym z klubów w centrum. Forma fizyczna też idzie w górę. Nie jest źle. Udało mi się również połknąć książkę Manna (ale Wojciecha) i spędzić dwa długie wieczory razem z żoną i Machinarium. To taka niezwykła przygodówka pełna zabawnych łamigłówek i niesamowitego klimatu. Kupiłem to cudo na steamie za niecałe 4 euro, ale spróbować można za darmo. Spokojnie jest warte 4x tyle, podobnie jak Defense Grid. Ciekawa odmiana po wymuskanych produkcjach za setki milionów dolarów :) Tylko co dalej? To pytanie chodzi mi po głowie. Pewnie dobrym pomysłem byłoby stworzenie spójnego planu ulepszania świata (w tym siebie przede wszystkim). Chwilowo jednak czuję się ukontentowany efektami podjętych do tej pory działań, zatem może zajmę się tym jutro :) |
Archiwum
I've never known before, it's called easy living ...
|