RSS
wtorek, 09 marca 2010
I'm going through changes

Tak oto po niemal dwóch latach przychodzenia późno do pracy (i wychodzenia z niej jeszcze później...) zmieniłem diametralnie podejście. Teraz staram się przyjść jako pierwszy. Wyjść też.

Efekty są. Nagle dni się wydłużyły. Bezsensowne poranki spędzone na przeglądaniu durnych portali nie budzą jakoś mojej tęsknoty. Pojawiły się za to popołudnia i duuużo czasu do zagospodarowania.

Co to dało? Kolejne zaległości odchodzą w niepamięć. Kolejny syf spędzający mi sen z powiek zniknął za horyzontem. Dobrze, dobrze... lepiej.

Do tego zabrałem się za realizację dość kosztownego - choć od lat rozważanego - muzycznego projektu. Mam nieco mieszane uczucia no ale cóż...

Powoli, małymi krokami wracam do formy - fizycznej i psychicznej.

niedziela, 28 lutego 2010
... i wyszło jak zawsze

Ale może coś dobrego udało mi się przez te dwa tygodnie zrobić? Eee... zagrać w Wolverine'a? To chyba nie to... Przeczytać ze dwie książki? Hmm... też nie. Obiad zrobiłem? To chyba nie taka wielka zasługa...

Ale bądźmy dobrej myśli. Kiedyś musi się udać. Chodzi mi po głowie jeszcze jeden pomysł...

sobota, 13 lutego 2010
a new hope

Pod powiekami jeszcze alpejskie krajobrazy, w nogach kilometry pokonanych stoków, lodowców i nartostrad.

W skrzynce pocztowej - pusto. To, co miałem zrobić na wczoraj - zrobiłem jeszcze przed wyjazdem.

Zaczynamy zatem od nowa. Nieco zmęczony jestem po niemal jedenastogodzinnej podróży. Ale żaden wielki ciężar nie leży mi teraz na wątrobie.

Rozpuszczę zaraz nieco 80-procentowego rumu w herbacie. Tak... to może być nowy początek.

poniedziałek, 01 lutego 2010
"praca" w domu cz. 1 - jak zostać milionerem

ostatnimi czasy gdzie nie spojrze jakieś dziwaczne babiszcza drą swoje mordy o uznanie "pracy" w domu za pracę, opłacanie składek etc.

Człowiek mógłby pomyśleć, że to chyba naturalne, że jak chce zeżreć obiad trzeba go ugotować, jak woli porcelanowe talerze od papierowych - trzeba pozmywać, jak nie lubi syfu na podłodze - trzeba pozamiatać itd. Wydawałoby się to równie naturalne jak podtarcie tyłka po udanej wizycie w kiblu. Właśnie, hmmmm, hmmmmm....

Tak oto myśląc nad tą "pracą" doszedłem do przełomowego wniosku. Defekacja też jest pracą! Tyle przeróżnych czynności trzeba wykonać, żeby móc sobie komfortowo ulżyć. Najpierw trzeba wstać, dojść do kibla, światło zapalić, nacisnąć klamkę, drzwi otworzyć, wejść do środka, klapę podnieść, spodnie rozpiąć, spodnie zsunąć, gacie zsunąć, usiąść, gazetę rozłożyć itd, itd... (powoli zaczynam rozumieć te 36 czynności potrzebnych na posprzątanie kuchni).

Ale powiedzcie mi, dlaczego tym wszystkim mam się zajmować ja? Ile musiałbym zapłacić osobie o odpowiednim profilu zawodowym, która umożliwiłaby mi defekację w godnych warunkach?

Pewnie musiałbym ściągnąć tutaj jakąś pielęgniarkę, albo i dwie... bo jedna może nie dać sobie rady z noszeniem 90-kilogramowego faceta. Dobrze też, by miała miły głos, coby mi tą prozaiczną czynność umiliła czytając, no bo co kurde mam własne oczy niszczyć.

Tak więc podsumowując... potrzebuje dwie kompetentne osoby na dobre pół godziny, każdej opłacić dojazd i samą usługę... no 100 zeta pójdzie jak w mordę strzelił. Ot, gotowe! Wiem, ile jest warta moja praca w kiblu!

Niniejszym domagam się dodatkowych 100PLN doliczonych do moich składek emerytalnych za każdą kupę którą zrobiłem! I niech mi nikt nie wmawia, że to nie jest praca! Przecież podałem, ile musiałbym za to samo zapłacić na wolnym rynku.

W ten prosty sposób każdy z nas z czasem dołoży dobry milion PLN do owego niezauważanego obecnie PKB. Człowiek - to brzmi dumnie!

poniedziałek, 18 stycznia 2010
nothing ever changes
Nie piszę, bo jest mi źle. Jest mi źle, bo nie potrafię przełamać własnego lenistwa. Moja droga Żona swoje potrafi przełamać, a pracę przekuć na kolejne sukcesy. Wszystkie zasłużone. Kontrast daje po oczach.

Tymczasem, nawet jeśli coś mi się uda to jest to raczej przypadek. Święta przyszły i poszły. Zostałem, z nową gitarą. Nadal nie nauczyłem się porządnie grać ani nie stworzyłem sensownego planu, by to zmienić. Ot, kolejna droga, niezasłużona zabawka.

Z pracy nie mogę się wygrzebać, kolejne terminy przychodzą i odchodzę. Niedobrze...

Za to pobawiłem się autkiem, udoskonaliłem moją technikę jazdy., Z resztą, i tak zrobiła się mocno defensywna po skasowaniu ostatniego pojazdu i nieciekawych (choć niezawinionych) przygodach z poprzednim. Ech...

Może jutro będzie lepiej? Oby... bo 2009 rok ogłaszam najgorszym rokiem od lat. A 2010 wcale nie wygląda lepiej.

To trochę tak, jakby świat zamarzł, przez co nie mogę wgryźć się w niego zębami. Muszę go włożyć do mikrofalówki.

środa, 25 listopada 2009
kolejny sukces

... niestety, znowu finansowy. Ech, gdybym czuł się tak dobrze jak zarabiam.

Jak się wykopać z tego młynka? Prace nad zakończeniem młynka z dodatkową robotą trwają.

Poza tym niewiele widzę spoglądając w przeszłość. Na pewno 31 października spędziłem na przygotowywaniu grobu, którego nie chciałem wcale tak wcześnie oglądać. Na pewno udało mi się usiąść za kierownicą gokarta i poczuć nieco sportowych emocji. Na pewno - po latach podchodów - trafiła do mnie nowa gitarowa zabawka. Na pewno też niegłupim pomysłem było ożenić się te 27 miesięcy temu.

Razem jesteśmy szczęśliwi. Ja sam, ze swoimi myślami - nie bardzo. Ale widzę iskierkę nadziei gdzieś tam, nad horyzontem.

niedziela, 27 września 2009
wrong way

Czasem nie mogę sprostać wrażeniu, że poruszam się w złym kierunku. Tak jest teraz. Żona pojawia się i znika na kolejne dni, a ja nie mam nawet dość sił by przeżyć rozłąkę. Jest we mnie miejsce na stres i niewiele więcej.

W efekcie ciężko jest mi przywołać jakiekolwiej doświadczenia z ostatniego miesiąca. Wiem, że były. Była odyseja kosmiczna i moja mała odyseja po drogach takich i innych. Była wycieczka z żoną w jej ulubione miejsce. Były befsztyki, które nauczyłem się robić i smakowały rewelacyjnie. Były świetne drinki wg przepisów, jakie otrzymałem od żony. Były spotkania muzyczne i motoryzacyjne. Mogłem we własnych flakach poczuć kopa stuwatowej lampy jak i dwustukilowatowej wyścigówki.

A został tylko stres, który kładzie się cieniem na wszystko. Do tego mój kolega z roku przeszedł na drugą stronę. Trzy lata temu prawie wygrał z rakiem. Niestety, nie do końca.

Dziwny jest ten świat, że jedni nie mogą porządnie przeżyć swojego życia, a innym jest ono w tak niezrozumiały sposób odbierane. Granitowy nagrobek, młoda wdowa i nieśmiertelne profile w serwisach społecznościowych. To zostanie... i pamięć o jednym miłym facecie, którego już z nami nie ma.

No cóż, aby wyplątać się z tej sytuacji tym razem spróbuję sięgnąć po nauki Dalaj Lamy: Live a good, honorable life. Then when you get older and think back, you’ll be able to enjoy it a second time. No tutaj ewidentnie mam braki, bo głębszej satysfakcji z ostatnich przeżytych miesięcy coś niewiele... Z pomocą przychodzi kolejna, cenna rada: When you realize you’ve made a mistake, take immediate steps to correct it. Dobra. Zobaczymy co da się zrobić.

niedziela, 09 sierpnia 2009
lonely is the world

No i zostałem sam. Ostatnie spojrzenie na ATR-a odrywający się od pasa startowego, w tył zwrot i samotna droga do domu. Żona wybyła na dobre cztery dni. Zgroza! To będzie nasze najdłuższe rozstanie od... 4 lat? Coś koło tego. Co mi pozostaje... mogę pooglądać lotnisko na google earth, jakieś 2000 km dalej...

W międzyczasie nadal prowadzę bardzo usportowiony tryb życia. Zdążyłem sobie rozwalić nieco palec grając w kosza, no ale wygląda na to, że już powoli wraca do formy. Poza tym ergometr, rolki i kolejne 40km na rowerze. A dzisiaj jeszcze chyba skoczę pobiegać.

Wypasiona bezgłośna karta wróciła z serwisu... z adnotacją, jak to należy zamontować wiatraki w obudowie, coby był odpowiedni przepływ powietrza. Poszedłem na skróty. Czterema spinaczami przyczepiłem do niej wolnoobrotowy, 92-mm wentylator, który zchomikowałem jeszcze z czasów AthlonaXP. No i w końcu jest cicho i stabilnie.

Do tego zdechł mi odtwarzacz mp3. Kupiłem nowy w saturnie, gdzieś tak połowę tańszy, za to o 2x większej pojemności. Niby fajnie, ale wolałbym, żeby tamten jeszcze trochę podziałał. Niestety, reanimacja pacjenta zakończyła się klęską ;)

Z dobrych wieści: będę wpadał na obiady do teściów ;) Przynajmniej tutaj się wykpiłem nieco. Ale i tak... 4 dni bez żony? Eeee... nie do końca mi się to podoba. No ale mus to mus... mam dużo roboty więc raczej się nudził nie będę. Life's tough ;)

wtorek, 04 sierpnia 2009
payback time

No i stało się... kredyt na auto przeszedł do historii. W ciągu 12 miesięcy, tak jak sobie to uwidziałem. Momentami co prawda zastanawiam się, po jaką cholerę kupiłem tak drogi samochód. Innymi momentami jednak stwierdzam, że nie mam jakichś bardzo pilnych niezaspokojonych potrzeb materialnych. Jest nieźle ;)

Ochota na uprawianie sportu mi nie przechodzi. Przełamałem się w końcu i odwiedziłem lekarza. Mam nowe inhalatorki i mogę dawać ostro w palnik ;) Dołożyłem do pieca kolejne bieganie i kolejne sesje na wiośle. Ta ostatnia na 699 pociągnięć była naprawdę mocna. Ciekawe kiedy zobaczę po sobie jakieś efekty.

Zastanawiam się jescze czy po tej spłacie - a co za tym idzie niemalże wyzerowaniu stanu kont - będę miał więcej ochoty na pracę ;) Miejmy nadzieję że tak.

wtorek, 28 lipca 2009
fight!

Podjąłem nierówną walkę z moimi słabościami. Tylko chyba nie do końca tymi, co trzeba. W efekcie w niedzielę po wielotygodniowych podchodach wybrałem się na rolki. Wytyczyłem nowe, długie i w miarę płaskie trasy. Co prawda wracając prawie zdechłem (potrzebuję nowy inhalator, do kata!), no ale co będę się tym przejmował.

We poniedziałek zrobiłem sesję na ergometrze z nowym wynalazkiem - audiobookiem. Dużo fajniejsze niż słuchanie muzyki - bardziej absorbuje. Audiobooki, przynajmniej te klasyczne można pobrać za friko. To też plus :)

Natomiast dzisiaj postanowiłem pójść o krok dalej i po raz pierwszy odkąd zdechł mój kręgosłup (jakiś rok temu) wybrałem się pobiegać. Ku mojemu zdumieniu przebiegłem cały dystans, który wówczas miałem na tapecie (czyli pewnie jakieś 4km). Tempo było co prawda raczej żółwie, niemniej jednak... to całkiem miłe, że moja forma nie padła na pysk... może by chociaż półmaraton w tym roku pyknąć? ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
this is a thing
I've never known before,
it's called easy living
...